Gruzja – dzień pierwszy

Wstęp może bedzie przydługi ale mam nadzieję, że przydatny.
PRZYGOTOWANIA
Gruzja była w planach już od paru lat, ale jakoś nie było okazji, aż do września 2016, kiedy to LOT zrobił promocję na bilety do Tbilisi. Bilet w obie strony kosztował około 500 PLN, co jest bardzo dobrą ceną.
Do tego trzeba było jeszcze wynająć auto, co stanowi największy koszt wyprawy w te rejony. Po miesiącach poszukiwań trafiłem na promocję Avisa i tak oto wynająłem Suzuki Jimmi za około 2000 PLN na 11 dni. Cena zawierała pełne ubezpieczenie, ale niestety autko miało być bez klimatyzaji i z ręczną skrzynią biegów.
Aby sprawnie poruszać się po drogach Gruzji wgrałem na tablet dwie nawigacje, te same którycch od lat z powodzeniem używam w Bułgarii. Są to Maps Me oraz Sygic.
Jeszcze tylko wymiana gotówki w sumie po 50 lari na osobę na dzień i wyjazd gotowy.

Na koniec postaram się podsumować jak można jeszcze lepiej i taniej przygotować się do wyjazdu.

Wyjazd

Długi weekend majowy wydawał się być odpowiednim mowmnetem na podróż do, tego jakże zachwalonego zakątka świata. Byłem ciekaw zarówno widoków, jak i kuchni, szczególnie po Kuchennych Rewolucjach Magdy Gesler w restauracji Gaumarjos. Odwiedziłem parę razy tą restaurację, co tylko wzmogło mój apetyt na podróż do Gruzji.

Zawczasu zasięgnąłem informacji na temat tras i możliwości zwiedzania. Od wielu osób słyszałem, że plan przygotowany przeze mnie jest zbyt ambitny, ale cóż, jestem ambitnym człowiekiem i lubię stawiać wysoko poprzeczkę.

tak więc 27 kwietnia korzystając ze zbliżającego się długiego weekendu wieczorem udałem się na lotnisko. Plan był geniealny. Śpimy w samolocie, po czym po wylądowaniu od razu ruszamy w podróż.
no cóż… nie przewidziałem dwóch rzeczy: opóźnienia lotu i miejsca w kabinie pod głośnikiem. nie wiem czemu ale tym razem załoga lotu postanowiła, że nikt na pokładzie nie zaśnie i nagłośnienie było ustawione na maximum. Za każdym razem, kiedy używany był gong przywołania stewardessy, byłem wyrywany z drzemki. czułem się jakbym próbował zasnąc pod dzwoniącym dzwonem Zygmunta.
Po wylądowaniu około 4:30 udałem się do Avisa, gdzie wyluzowany i nieco zniechęcony Gruzin poszedł… hmmm powlókł się będzie lepszym określeniem, z nami do naszego samochodu. Na wstępie spotkała nas miła niespodzianka. Samochód miał klimatyzację i automatyczną skrzynię biegów. Obejrzałem dokładnie auto, w końcu to avis, punktując zarysowania. Za każdym razem Gruzin odpowiadał to samo: “To normalne”, po czym zaznaczył na kartce wynajmu, że całe auto jest porysowane, skoro już uparłem.

postanowiliśmy jak najwcześniej opuścić Tbilisi i udać się drogą wojenną do Stepantsminda aby obejrzeć najsłynniejszy w Gruzji klasztor Gergeti trinity. Droga była przyjemna, prawie nie było innych pojazdów. Zatrzymaliśmy się przy pomniku wojny, Zrobiliśmy parę zdjęć po czym ruszyliśmy w dalszą, bardzo malowniczą drogę. Jedyne na co trzeba uważać to na dziury w tunelach i spadające z sufitu co jakiś czas sople.

Po dojeździe do Stepantsmidy zaczęliśmy nasz pierwszy w Gruzji offroad. Droga był miejscami mokra, trochę śliska, ale Jimmy bez problemu sobie poradził. Wręcz cieszyłem się na zakrętach, że wynająłem krótkie auto, ponieważ każdym innym usiałbym brać niektóre zakręty na dwa a może nawet na trzy razy. Po dojeździe pod klasztor zrobiliśmy sobie obowiązkową przerwę na sesje zdjęciową. Niestety Kazbek był w chmurach.

Sam kościółek jest mały ale ładny, niemniej jednak 30 minut spokojnie wystarczy aby obejrzeć go dokładnie. Zjechaliśmy więc do miejscowości, zjedliśmy pierwsze gruziński Chinkali i ruszyliśmy do następnego punktu na naszej liście czyli skalnego miasta Uplistsikhe.

Uplistsikhe jest jednym z zadbanych zabytków w Gruzji, wszystkie pomieszczenia są opisane, a widok i panowama ze szczytu jest przepiękna. W dole widać rzekę i ruiny zabudowań sprzed kilkuset lat, pomiędzy którymi pasą się konie. Warto tutaj wspomnieć, że Uplistsikhe zostało uznane za najstarszą osadę w Gruzji.

Widok super tylko wina brak. Postanowiliśmy nadrobić ten brak. Wyjeżdzając z Uplistsikhe w kierunku Gori natknęliśmy się na pierwszy w wielu znaków przy drodze wskazujący zjazd do winnicy. Niewiele myśląc skręciliśmy, a właściwie rozpoczęliśmy skręt, gdyż drogę zablokowały nam dwie gruzinki, żywo dyskutujące ze sobą i niespecjalnie przejmujące się naszym pragnieniem wina. Na szczęście dla nas ddyskusja nie trwała długo. Góra 10 minut. Skręciliśmy i nabraliśmy wątpliwości. Wąska dróżka, bez możliwości wykręcenia prowadziła prosto pod prywatny dom, niczym nie wyróżniający się pośród innych okolicznych. Nieśmialo opuściliśmy auto i zapytaliśy się właściciela czy wino można kupić. Wywołało to zdecydowane ożywienie u gospodarza, który błyskawicznie poprowadził nas do piwniczki pełnej szlachetnego trunku. Tam wyłożył nam historię wina oraz jego zalety.
Ciężko kupuje się wino bez degustacji, więc na nasze pytanie czy można spróbować otworzył drzwi i wprowadził nas do kuchni. Błyskawicznie przed nami pojawił się chleb, ser i dwa kieliszki.
Uprzejmie zaznaczyłem, że prowadzę, więc zasadniczo nie mogę pić. Gopodarz pokiwał ze zrozumieniem i chyba uznał, że lepiej będzie jesli naleje mi więcej, abym nie odczuwał tak bardzo wstrzsów na dziurawych drogach. Wino było pyszne, ser pyszny, chleb pyszny, aż żałowalismy, że musimy jechać. nabyliśmy więc butelki i ruszyliśmy w kierunku Gori i uzeum Stalina – obowiązkowego punktu pobytu w Gruzji.

Przed muzem znajdują się dwie atrakcje. Oryginalny dom rodzinny Stalina, niestety obejrzeć go można tylko przez okna oraz wagon salonka, który można zwiedzić po wykupieniu odpowiedniego biletu w muzeum. Samo muzeum ma monuentalny charakter. Niestety większość zdjęć, wydruków jest kiepskiej jakości, co gorsza tylko nieliczne opisane po angielsku. Trochę więcej materiałów jest po rosyjsku. Tak więc samo zwiedzanie, dla osoby niespecjalnie znającej rosyjski, nie zajmie dużo czasu. Można obejrzeć pamiątki, zdjęcia, popiersia czy książki autorstwa ale można też znaleźć perełki takie jak podarki z Polski dla Wodza Stalina.

Po zwiedzeniu muzeum udaliśmy się obejrzeć wagon salonkę. Pani bardzo uprzejma pokazywała nam przedział po przedziale. powiem tak, luksusów to wódz nie miał. Ale nie spodziewałem się w wagonie jednocześnie kuchni opalanej węglem i klimatyzacji.

Sklepik z pamiątkami po wielki wodzu, w muzeum prowadzi chyba tylko działalność wychowawczą, skutecznie odstraszając cenami, kogokolwiek kto chciałby wesprzeć wielkiego wodza.

Po muzeum udaliśmy się na nasz nocleg w Chaturii. Niestety tu oba GPS’y zawiodły i musieliśmy nadrobić kawałek, tak więc jeśli któś chce jechać do Chaturii, to ze względu na budowę autostrady polecam od razu jechać na Zestaponi i tam zjeżdzać na Chaturię. Tak więc obserwując zachód słońca zajechaliśmy wieczorem do Chaturii. Okazało się, że jedyny hotel jaki udało nam się znaleźć to Pirosmani (oznaczony na Maps Me), adres : Tabagrebi street 7, Chiatura 2000, Gruzja. Hotel w miarę przyzwoity i do tego dysponujący niezłą restauracją.

Gruzja – Dzień Drugi

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *