Gruzja – dzień trzeci

Rano nie śpieszyło nam się, to był jeden z luźniejszych dni. Po pożywieniu się w supermarkecie w Martvilli, gdzie Panie wyrabiają i wypiekają na miejscu czaczapuri, postanowiliśmy skorzystać z kolejki linowej w Martvili i udać się do cerkwi na wzgórzu. Kolejka, jest obsługiwana przez Pana, który stoi i niczym Rejtan zastawia wyjście z wagonika. Sama cerkiew i jej otoczenie jest bardzo ładne a ze wzgórza roztacza się przepiękny widok na okolicę i na kaukaz do którego zmierzamy.

Najpierw jednak czeka nas Kanion Martvili i Kanion Okatse..
Niestety jak to zwykle w Gruzji atrakcje turystyczne są dość mocno ukryte, przez co ciężko je znaleźć. Przejechaliśmy chyba ze trzy razy obok, zanim znaleźliśmy zjazd do kanionu. ale udało się. Przed nowoczesny budynek, w którym opłacamy bilet wstępu. Do wyboru mamy dwie opcje zwiedzania: z wycieczką pontonem lub bez. Oczywiście wybieramy opcję na bogato czyli z pontonem. Wchodzimy do środka i kierujemy się ku pontonom, które widać z daleka (od wejścia do miejsca wypłynięcia jest 50 metrów).
Wsiadamy do pontonu, nie jesteśmy uradowani, bo siedzi z nami dwóch Gruzinów. Jak się wkrótce okazuje, są oni odpowiedzialni za wiosłowanie 🙂 Szybko nawiązujemy z nimi kontakt i w efekcie płyniemy dalej i wolniej niż inni mając mnóstwo czasu na robienie zdjęć, czy wypatrywanie całkiem sporych ryb w wodzie.
Widoki powalają: Turkusowa woda z soczystą zielenią nad nią tworzą niesamowity krajobraz.

W drodze powrotnej wskutek wypatrywania ryb najpierw taranujemy ponton z naprzeciwka a następnie wpadamy na skały. Ale koniec końców dopływamy do przystani.
Z przystani udajemy się ścieżką pomiędzy drzewami, która prowadzi do licznych pomostów, których ażurowa konstrukcja pozwala dokładnie obserwować kanion i jego wodospady.
Niestety kanion kończy się szybciej niżbyśmy sobie tego życzyli.

Wsiadamy szybko do auta i jedziemy do Okatse. Nabywamy w kasie biletowej wejściówki i omijając taksówkarzy proponujących nam podwózkę ruszamy pomiędzy drzewami ku kładce. Niestety gubimy się, ale nasz Jimmi dzielnie pokonuje kolejne offroady przez las. W końcu spotykamy jakiegoś Gruzina. Na pytanie o kanion Okatse kieruje nas na ścieżkę, która nie wzbudza naszego zaufania. niemniej jednak postanowimy ją sprawdzić. Po kolejnych 20 minutach decydujemy się zawrócić na 10 razy na wąskiej ścieżce. po tym jak dokonałem już tego heroicznego wyczynu nadjechał kolejny Gruzin oznajmiając nam, że jechaliśmy we właściwym kierunku. Tak więc po kolejnych 10 skrętach ustawilismy się we właściwym kierunku i włączyliśmy 4×4. Na tej drodze pomimo suchej pogody Jimmy wymagał wsparcia 4×4. po kolejnych minutach dojechaliśmy do wejścia.

Strażnik skasował nasze bilety i ruszyliśmy w dół po schodach… licznych schodach… nawet bardzo licznych. schodami tymi dochodzi się do kładki, która idzie wzdłuż kanionu. Widok zapiera dech w piersiach. Pod nami kilkaset metrów. Drzewka w klockach lego wydają się być większe niż te, które widać w dole. Po kilkuset metrach dochodzimy do punktu widokowego, który jest jednocześnie punktem kulminacyjnym wycieczki. Roztacza się z niego wspaniały widok na kanion Okatse w każdym kierunku. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcia, łyk kompotu gruzińskiego i przed nami… liczne… bardzo liczne schody. Tym razem pod górkę.

Po sukcesie jakim było dotarcie do auta wyjmujemy mapę i decydujemy czy jechać do Ushguli przez Lentehi czy przez Mestię. Ludzie w okolicy mówią, że trasa jest przejezdna, jednak ostatecznie dopijając kompot i zagryzając ostatnie kawałki nabytego rano czaczapuri decydujemy się na dłuższą drogę, czyli przez Mestię. Szczególnie, że nad Kaukaz nadciągnęły ciemne chmury i słychać grzmoty.

GPS wyznaczył nam bardzo malowniczą drogę… offroadem. Było super. Po drodze zatrzymaliśmy się sprawdzić, czy na cmentarzach rzeczywiście stoi czacza. STOI… przynajmniej w bardziej odludnych regionach.

Po pokonaniu offroadu naszym oczom ukazała się pierwsza charakterystyczna wieża, co prawda w remoncie ale postanowiliśmy do niej wejść. Powiem szczerze. Wieże są bardzo skromne i jeśli ktoś gdzieś będzie wam proponował zwiedzanie wieży za opłatą pomińcie tą wieżę. jest tyle innych pięknych bezpłatnych.

Przed nami jak się okazało była jedna z najbardziej malowniczych dróg, jakimi jechaliśmy po Gruzji. Jednak ze względu na zbliżający się zachód postanowiliśmy przyśpieszyć. W pewnym momencie wyprzedził mnie Gruzin (nie było to zaskoczeniem), ale niewiele myśląc dodałem gazu. Widać było, że zna dokładnie tą drogę. W sposób perfekcyjny omijał każde dziury, a dzięki niemu także i ja, aczkolwiek mi adrenalina skończyła kiedy mknąc nad przepaścią pokonywaliśmy kolejne zakręty.

Koniec końców udało nam się dojechać do Mestii, kiedy jeszcze niebo było błękitne. Ku mojemu zaskoczeniu Gruzin zatrzymał się podszedł do mnie i złożył mi gratulacje z powodu tak długiego utrzymania mu się na ogonie.
W Mestii szybko znaleźliśmy nocleg, zahaczyła nas starsza Pani na ulicy i zaprowadziła do swojego mieszkania. Nocleg był bardzo przyzwoity a koszt 40 lari był adekwatny do standardu. Na koniec właściciel podrzucił nas do przepysznej knajpki w centrum, ale o jedzeniu będzie w oddzielnym wątku.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *