Gruzja – dzień piąty

PO porannych pierożkach udaliśmy się na legendarne czarne plaże Ureki, aby jak wieść niesie ukoić zszargane nerwy.
Plaża nie do końca jest czarna, bardziej szarobura i do tego niestety dość mocno zaśmiecona. Zapewne za 5-10 lat będzie to super luksusowy kurort z piaszczystymi plażami.

To ułatwiło nam decyzję o szybkim opuszczeniu Ureki. W ramach pocieszenia postanowiliśmy zajechać do wesołego miasteczka “FireFly”. Niestety, po wjeździe na parking okazało się, że miasteczko jest nieczynne. W związku z tym zatrzymaliśmy się w Kobuleti. Usiedliśmy na kamienistej plaży, ponieważ poza sezonem miasteczko jest właściwie martwe i ustaliliśmy dalszy plan wycieczki. Następny przystanek twierdz Petra.

Po przyjeździe na miejsce zastaliśmy liczne znaki zakazujące wstępu. Jednak ponieważ to Gruzja, a zabezpieczenia niespecjalnie tarasowały drogę postanowiliśmy wykazać się nieznajomością języków gruzińskiego, angielskiego, rosyjskiego, jak również niezrozumieniem znaków zakazujących wstępu. Tak więc pominęliśmy znaki i przez gęste chaszcze zaczęliśmy wspinać się na szczyt obejrzeć fortecę Petra. Sama forteca jest dość mocno zniszczona, jednak roztacza się z niej niesamowita panorama.


Schodząc z twierdzy usłyszeliśmy głosy – przed zniszczonym wejściem stał samochód z jakimiś urzędnikami. Na wszelki wypadek przedarliśmy się do alternatywnego wejścia i przeskoczyliśmy przez płot. Na szczęście drut kolczasty był już wcześniej przez kogoś odczepiony przełożony na bok 🙂

Ponieważ wciąż było wcześnie zapadła decyzja o odwiedzeniu parku Mitrala. Dobrze, że mieliśmy GPS’a gdyż kolejny raz oznaczeń brak. W tym, że jesteśmy na właściwej drodze utwierdził nas Gruziński UBER podążający do Mitrala Parku.

Sam park robi wrażenie w maju. Jest intensywnie zielony, co kontrastuje z kwitnącymi na fioletowo rododendronami. Chętni mogą przejść przez wiszący drewniany, wąski mostek nad rzeką. Dodam, że jest to punkt do którego przyjeżdżają wycieczki z Batumi w ramach “Extreme Adventure”

Na końcu po pokonaniu licznych dziur, rzeczek i innych przeszkód terenowych dojeżdża się do nowoczesnego centrum informacji turystycznej. Tu można wejść i obejrzeć wystawę poświęconą parkowi.
W środku dowiadujemy się, że możemy w partu przejechać się Tyrolką. Do tego cena 20 lari wydaje się być dość atrakcyjna. W tym celu jedziemy jeszcze wyżej na parking. Z daleka dostrzegamy Gruzinów obsługujących tyrolkę. Niestety to czy uda wam się z niej skorzystać zależy w dużej mierze od waszych zdolności negocjacyjnych oraz humoru Gruzinów. Dość powiedzieć, że 8 osobowa grupa Rosjan przed nami usłyszała, że atrakcja jest zamknięta. My jednak nie daliśmy za wygraną i pertraktowaliśmy przejazd. Po czasie myślę sobie, że atrakcja została zamknięta na czas wypalenia papierosa przez jej obsługę, gdyż zaraz po skończeniu cigaretów atrakcja ponownie zaczęła działać.
Niestety jak to zazwyczaj w Gruzji i tu zostaliśmy naciągnięci na kasę. I to nie na tyrolkę, bo tu cena jest ustalona dostaje się rachunek itd. Ale za przejazd mostkiem na drugą stronę rzeki. To takie typowe powiedziałbym Gruzińskie wymuszanie kasy na turystach, które mogliśmy wielokrotnie obserwować.
Co ważne, do przejażdżki potrzebujecie dowód lub paszport, a właściwie nie tyle do przejażdżki co do wystawienia wam potwierdzenia sprzedaży usługi. Warto o tym wiedzieć, gdyż może być to powód odmowy.
Po zabawie przeszliśmy się jeszcze po parku, po czym wróciliśmy do auta i ruszyliśmy w kierunku Batumi.

Stojąc w korku mijaliśmy różne kramiki na których można było kupić miotły, bambusowe drabiny czy porcelanowe ogrodowe figurki.

Wkrótce wyłoniło nam się Batumi i drogowskaz do słynnego ogrodu botanicznego. Niewiele myśląc odbiliśmy w prawo i zaparkowaliśmy przed wejściem.
Sam ogród nie robi wrażenia, jeśli już ktoś będzie w okolicach Batumi lepiej podjechać gruzińskim uberem do Parki Mitrala. Park nie jest wart wydanych pieniędzy, ale jeśli ktoś by chciał i miał czas to wejście od strony plaży przez stację kolejową jest otwarte i… bezpłatne. Z perspektywy czasu mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że to największa porażka tego wyjazdu.

W samym ogrodzie można dostać domowe wino. Cena jest jak za dobrej jakości francuski trunek. Samo wino, no cóż, nie wiem czy siarka dezynfekuje, ale jesli ktoś ma potrzebę spróbowania jak smakuje wino z dużą ilością siarczanów, to może skosztować. Ale zasadniczo proponowany w ogrodzie trunek nie nadaje się do picia.

Wieczorem dotarliśmy do betonowego Batumi. Samo miasto jest może i ciekawe architektonicznie, ale przypomina nowoczesny kurort a nie dziki kaukaz. Na początek okazało się, że znalezienie hotelu, poza sezonem, który będzie miał wolny pokój wcale nie jest łatwe. Zajęło nam to dobre dwie godziny, przez co nie zdążyliśmy skorzystać z przejażdżki kolejką linową.
Na pocieszenie udaliśmy się na zwiedzanie miasta. Nad brzegiem w porcie wstąpiliśmy do najgorszej Gruzińskiej restauracji, zdecydowanie nastawionej na turystę, który zje cokolwiek mu się poda. Było drogo i niesmacznie.
Następnie skierowaliśmy się na bulwar . Poczekaliśmy aąż posągi Ali & Nino powoli złączą się razem, po czym ruszyliśmy w kierunku wieży alfabetu.

Przechodząc pod wieżą nagle podszedł do nas ochroniarz i nakazał nam iść za nim. Nie wiedzieliśmy czy wolno było wchodzić, więc ruszyliśmy za nim. Okazało się, że zaprowadził nas do baru, gdzie Pani zapytała nas się czy chcemy wjechać na górę. Oczywiście, że chcieliśmy. Na szczyt wjeżdża się przeszkloną windą – to już robi wrażenie. Po dojechaniu okazuje się, że zarówno restauracja, jak i taras na szczycie obracają się wokół własnej osi umożliwiając podziwianie panoramy miasta.
Niestety zjedliśmy już wcześniej, więc zamówiliśmy tylko coś do picia i rozsiedliśmy się na kanapach. Menu w restauracji co prawda europejskie i ciut droższe niż na dole, ale ceny nadal wydają się być przystępne 🙂
Obrotowa panorama zatrzymała się o 1:30 nad ranem. To był znak, że należy ruszyć się, wrócić do hotelu i iść spać. Szczególnie, że zniechęceni wybrzeżem i Batumi podjęliśmy decyzję o wczesnym wyjeździe w celu pominięcia korków.
Wtedy jeszcze tego nie wiedzieliśmy ale następny dzień miał być pełen niespodzianek 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *