Gruzja – dzień szósty

Chcąc uniknąć korków zerwaliśmy się przed piątą rano.
Zdziwił nas trochę duży ruch przy promenadzie gdzie było pełno Gruzinów ćwiczących, biegających czy jeżdżących na rowerze.
Zachęceni jakością restauracji w wieży alfabetu postanowiliśmy sprawdzić czy może otwierają ją rano? Niestety… nie dość, że wieża nie prezentuje się tak dobrze jak w nocy, to otwierają ją po 12:00.
Niemniej jednak Gruzini zaczęli już rozstawiać kramiki, w tym wypożyczalnie rowerów. Wynajęliśmy za 18 lari dwa rowery i udaliśmy się w poszukiwaniu klapka na jajkach.
Szukaliśmy go po omacku. Jest to ciekawe, ponieważ jest on na prawie każdej pamiątce z Batumi, ale miejscowi i tak nie wiedzą gdzie on się znajduje. Jadąc wzdłuż promenady, mijaliśmy mnóstwo różnych rzeźb, aż w końcu po około 30 minutach jazdy naszym oczom ukazała się poszukiwana rzeźba… japonki na jajkach.

Po pamiątkowym zdjęciu, ufając bezwzględnie GPSowi, który prowadził nas wątpliwej jakości drogami, pełni wiary i nadziei opuściliśmy Batumi aby zobaczyć Kamienne mosty w Makhuntseti. Most jest ukryty i słabo widoczny z drogi, a oznaczenia są typowe dla Gruzinów, czyli nie wiesz nie zobaczysz. Na szczęście GPS poinformował nas o mijanej atrakcji.

Mieliśmy dobry czas, więc zapadła decyzja aby coś przekąsić i wypić kawę, herbatę. Jednym słowem pora na śniadanie.
Szybko minęliśmy bar niedaleko mostu, wyglądający na wybitnie turystyczny i cofnęliśmy się jakieś sto metrów do małego lokalnego baru naprzeciwko przestanku z WIFI.

Bar był pusty, jeśli nie liczyć dwóch miejscowych popijąjących z dużym prawdopodobieństwem czaczę.
Kawa i herbata była dostępna od ręki. Ponieważ było jednak dość ciepło, postanowiliśmy skorzystać również z zimnych napoi z lodówki.

Jednak nie samą kawą, herbatą i colą człowiek żyje. Zaczęliśmy więc naszym łamanym rosyjskim dopytywać się o jedzenie, w szczególności o chinkali. Pani odpowiedziała, że nie ma, ale może zrobić. Oboje byliśmy zdania, że za wcześnie wstaliśmy i źle zrozumieliśmy właścicielkę. Więc jeszcze raz powoli zapytaliśmy się o chinkali i ponownie zrozumieliśmy, że może je nam zrobić bo nie ma.
No cóż w barze tej klasy ostatnią rzeczą jakiej się spodziewaliśmy były robione na zamówienie świeże chinkali. Po szybkiej naradzie zamówiliśmy 10 sztuk i zaczęliśmy podpatrywać jak się je robi.

Były to jedne z najlepszych Chinkali podczas naszej podróży. Nie miały co prawda zbitego mięsa jak zazwyczaj, ale rosołek był dobrze przyprawiony i dość pikantny. Znalazły się one na liście trzech najsmaczniejszych pierożków w Gruzji.
Po uczucie sympatyczna właścicielka skierowała nas do pobliskiego wodospadu przy którym było ciut chłodniej i przyjemniej. Spacer był nam potrzebny, tym bardziej, że chinkali było większe niż normalnie.

Wciąż jeszcze wcześnie rano ruszyliśmy ku Vardzi, która była naszym celem. Ponieważ mieliśmy sporo czasu zatrzymywaliśmy się po drodze robiąc zdjęcia ot choćby z czołgiem.

W pobliżu Gobroneti na mapie znaleźliśmy charakterystyczny symbol zabytku. Skręciliśmy więc w stromą szutrową drogę. Widoki na dolinę zapierały dech w piersiach. Podczas kolejnej sesji zdjęciowej widoków zatrzymał się przy nas samochód, a Gruzini chętnie wdali się z nami w rozmowę potwierdzając, że most jest przed nami.

3

Ochoczo pięliśmy się naszym Jimmi w górę aż dojechaliśmy do wioski. Niewiedząc w którą stronę mamy jechać wysiadłem z auta i zacząłem szukać pomocy. Tak trafiliśmy do Zebo.
Na początek zaprosił nas na podwórko. Niechętnie wjechaliśmy samochodem ponieważ zazwyczaj wiązało się to z ucztą a
pierożki wciąż zalegały w żołądku.
Zebo jest dumnym Gruzinem ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Jest dumny z bycia Gruzinem, jak również z tego co osiągnął. Chętnie chwali się swoimi licznymi dyplomami. Po chwili zaczął się nas dopytywać czy znamy Mellera, Mellera dziennikarza.
W sumie znamy, nie osobiście ale znamy. Wobec takiej odpowiedzi Zebo szybko odnalazł książkę i zaczął się nam chwalić znajomością z Marcinem oraz pokazywać nam zdjęcia z wioski, tłumaczyć, objaśniać. Szczerze mówiąc wobec potoku słów rosyjsko – gruzińskich byliśmy bezsilni i dzielnie potakiwaliśmy głowami wydobywając z siebie słowa zachwytu i posiłkując się słowami: “super”, “krasna”, “wow”

Moglibyśmy studiować książkę długo ale przecież chcieliśmy jechać zobaczyć most.
Zebo zdziwił się… po chwili namysłu stwierdził, że pewnie chodzi nam o most oddalony o jakieś pół dnia drogi. A nawet jeśli nam chodzi o ten most to nie przejedziemy bo śnieg. Byliśmy mocno zaskoczeni. Zdecydowanie w przewodniku zabytek był w pobliżu. W zamian Zebo zaproponował nam, że zabierze nas na wierch.
Razem z córką Zebo zapakowaliśmy się do Jimiego, potwierdzając jednocześnie, że jest to auto czteroosobowe.
Droga na wierch okazała się najbardziej wymagającym offroadem w Gruzji i gdyby nie Zebo, który co chwilę wysiadał, aby przetrzeć nam drogę, łamiąc gałęzie i odsuwając większe kamienia, oraz napęd 4×4, prawdopodobnie nigdy byśmy nie dojechali do szczytu.

Ze szczytu roztaczał się przepiękny widok. W pewnym momencie dostałem śnieżką. To był Zebo, który rozpętał wojnę na śnieżki. Zabawa była przednia. Nie co dzień mam okazję stojąc na śniegu w sandałach i krótkich spodenkach walczyć na śnieżki.

Po powrocie do domu zastaliśmy nakryty stół. To był jednak dobry pomysł z wycieczką na wierch bo zgłodnieliśmy.
Zebo ugościł nas iście po królewsku, a jego żona okazała się wyśmienitą kucharką.

Zebo przeprosił nas jedynie, że ze względu na wczesną porę roku, ogórki i pomidory kupili, ale zaznaczył przy tym, że jeśli przyjedziemy za miesiąc to wówczas będą już z jego ogródka i będą smakowały lepiej.
Żona zna się doskonale na gotowaniu za to Zebo robi naprawdę dobre białe wino, które zaczęło lać się szerokim strumieniem. Na szczęście dla mnie gospodarz nie popierał jazdy po alkoholu więc nie zostałem zmuszony do picia.

W miarę rozkręcania się imprezy Zebo wymienił szklaneczki na tradycyjne gliniane miseczki.
Jednocześnie namawiając nas do pozostania. Przyznaję, że przez chwilę rozważaliśmy tą opcję, ponieważ wzbudził naszą sympatię. Niestety odrzuciliśmy propozycję wieczornej uczty, jak również porannej nauki przygotowywania chinkali i czaczapuri przez jego żonę. Niestety mieliśmy plan i postanowiliśmy się go trzymać, obiecując jednocześnie powrót za rok.
Jeszcze tylko kawa w tradycyjnym garnuszku, zakup wina białego i czerwonego. Tu mała dygresja – czerwone okazało się nie do wypicia. Tak naprawdę nie spotkaliśmy dobrego czerwonego wina w Gruzji.

Za ucztę oraz 3 butelki wina Zebo policzył 50 lari.
Odjeżdżając Zebo wręczył nam jeszcze namiary na swojego przyjaciela w pobliżu Vardzi, u którego powinniśmy nocować.
Tak więc już około 16:00 ruszyliśmy w dalszą drogę.
Niestety niedługo skończył się asfalt a potem zaczął się długi i mozolny podjazd na zaśnieżoną przełęcz Khulo. Jedyne czego nie przewidzieliśmy to mgła. Znaleźliśmy się na przełęczy około 19:00 to oznaczało, że za godzinę zacznie się ściemniać, a i przy słońcu we mgle ledwo mogliśmy dostrzec drogę.

Po przejechaniu przełęczy droga przypominała koryto rzeki i to nie suche tylko czasami dość rwące. Pokonując liczne rozlewiska w końcu tuż przed zapadnięciem całkowitych ciemności dojechaliśmy do asfaltu w pobliżu Monastyru Zarzma. Aby to uczcić zboczyliśmy z trasy i zajechaliśmy do Monastyru Zarzma. Niestety był zamknięty. Tak więc szybko zmieniliśmy ustawienia GPS i obraliśmy kurs na Vardzię.

Po zapadnięciu zmroku dotarliśmy do Achalciche nad którym góruje twierdza Rabati z baśni “tysiąca i jednej nocy”. Z parkingu spod twierdzy zaczęliśmy dzwonić do kolegi Zebo, jednak ten nie odbierał. Pomimo później godziny wejście na dziedziniec twierdzy było otwarte. Postanowiliśmy więc dać szanse naszemu przyszłemu gospodarzowi i udaliśmy się zwiedzać twierdzę. Nie do wszystkich miejsc można wejść po zmroku, ale cieszyło nas, że wszystkie sklepy z pamiątkami są zamknięte. Dzięki temu mieliśmy poczucie zwiedzania opuszczonej starej twierdzy.

Niestety ponieważ nasz potencjalny gospodarz nadal nie odbierał, ruszyliśmy w kierunku Vardzi.
Po drodze po zmroku, pędząc ciemnymi drogami zdawało mi się co jakiś czas, że coś ucieka mi spod kół. Zacząłem podejrzewać zmęczenie, dlatego też przy kolejnej okazji, kiedy coś się poruszyło zahamowałem ostro i cofnąłem samochód. Droga się ruszała… przechodziły nią liczne kraby, które po ciemku były masakrowane przez kierowców.

Ucieszyło mnie to niezmiernie. Nie to, że kraby są rozjeżdżane tylko to, że nie mam omamów.
Do Vardzi dojechaliśmy po północy. Widok podświetlonej Vardzi bezcenny.

Niestety to był początek naszych kłopotów. Okazało się, że w pobliżu Vardzi nie ma hoteli, a te które są mają pełne obłożenie. W końcu o 1:30 w nocy w jednej z wcześniejszych miejscowości trafiliśmy na wolne miejsce w hostelu. O kolacji tego dnia mogliśmy zapomnieć.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *