Gruzja – dzień siódmy

Ponieważ poprzedni dzień okazał się długi… nawet baaaardzo długi rano musieliśmy odespać. Na szczęście po przebudzeniu czekało na nas pyszne śniadanie przygotowane przez naszą gospodynię.

Dostaliśmy kawę i herbatę. Pijąc wielokrotnie herbatę w Gruzji, zadawaliśmy sobie często pytanie od czego zależy jej moc, od lury do siekiery, oraz stopień słodkości. Herbata w Gruzji jest właściwie zawsze słodka mniej lub bardziej. To nie przeszkadza Gruzinom jednak w podaniu łyżeczek i cukiernicy wypełnionej po brzegi białymi kryształkami.
A więc od początku: po wyrażeniu życzenia wypicia herbaty do śniadania, gospodyni wstawiła czajnik elektryczny, jeden był przeznaczony do kawy jeden do herbaty, po czym po osiągnięciu temperatury wrzenia napełniła mój kubek. Ponieważ lubię herbatę, ale raczej chłodną, zająłem się pochłanianiem pasty z bakłażanów z czaczapuri. Kiedy herbata osiągnęła w moim mniemaniu temperaturę optymalną nadeszła gospodyni, która bez ceregieli złapała za mój kubek po czym stwierdziła “zimne”. Kubek zniknął sprzede mnie nim zdążyłem zaprotestować po czym jego zawartość została wlana do… czajnika. Wtedy dotarło do nas, skąd herbata jest słodka. Gwoli wyjaśnienia : herbata posłodzona przez konsumenta śniadania może trafić do wspólnego czajnika, jeśli gospodyni uzna ją za zbyt zimną.

Skończyliśmy śniadanie i udaliśmy się na zwiedzanie Vardzi zwanej również Gruzińskim skarbem. Vardzia jest największym obiektem tego typu. Jak wieść niesie mieszkała w niej sama królowa Tamara. Niestety większość kompleksu, cztery piąte, uległa zniszczeniu podczas trzęsienia ziemi w 1283 roku.

Wspinając się ostrą dróżką do Vardzi warto odbić do komnat położonych nieco na uboczu. W tym do Kościoła Zaśnięcia NMP z XII wiecznymi freskami. Niestety sam kościół był zamknięty i freski mogliśmy podziwiać tylko przez małe okienka.

Sama Vardzia jest ogromna i właściwie najfajniejsze w niej są korytarze, którymi przechodzi się pomiędzy poszczególnymi komnatami. Polecam tą atrakcję szczególnie dzieciom.

Ale oczywiście Vardzia to nie tylko tunele ale również dobrze zachowane komnaty mieszkalne

Podczas zwiedzania wywiązała się dyskusja, którędy jedziemy i gdzie. Jednak ze względu na małą ilość paliwa nie zdecydowaliśmy się pojechać krętą drogą przez Okami, które leży na wysokości ponad 2000 metrów.

podczas konfigurowania drogi powrotnej przy użyciu GPS’a, wśród punktów położonych w pobliżu naszej trasy, zaznaczony był wagon – most kolejowy. Niewiele myśląć zboczyliśmy przy fortecy Khertvisi w prawo.

Po kilkunastu kilometrach naprzemiennie dobrej i złej, czyli dziurawej, drogi dotarliśmy do celu. Nad rwącą rzeką przerzucony w formie mostu jest stary wagon kolejowy. Niestety wewnątrz jest już mocno skorodowany a podłoga w wielu miejscach skorodowana. Niemniej jednak, przy dobrej pogodzie, jeśli nie ma deszczu, można spróbować przejść na drugą stronę rzeki dachem, który wciąż wygląda solidnie.

Ze względu na to, że Vardzia nie zajęła nam wiele czasu, postanowiliśmy zboczyć z ustalonej trasy i zamiast bezpośrednio do David Gareja odwiedzić miejscowość uzdrowiskową Borjomi.
W drodze powrotnej włączyła nam się rezerwa, jednak na szczęście dotoczyliśmy się do małej stacji w okolicach Aspindza. Właściciel stacji był tak zachwycony, że nas widzi i może sobie z nami porozmawiać, że zapomniał o tankowaniu. Przypomniał sobie o nim dopiero wtedy kiedy benzyna się przelała i parę litrów spłynęło po naszym aucie na ziemię. Niestety nie było możliwości płacenia kartą, więc byliśmy zmuszeni sięgnąć do naszych zapasów gotówki, która się powoli kończyła.
Po drodze mijaliśmy sporo miniaturowych Vardzi, jednak nie mieliśmy niestety czasu ich odwiedzić.

Oraz całkiem sporo zamków

W końcu dotarliśmy do Borjomi. Zamiast udać się do Parku zdrojowego postanowiliśmy wjechać na wzgórze kolejką linową. Wtedy nie wiedzieliśmy, że utkniemy na niej na prawie godzinkę. Miło, że ze szczytu roztacza się piękny widok na miejscowość poniżej oraz jest całkiem przyjemna i smaczna kawiarnia z typowym Gruzinem przed wejściem.

Kontynuując zwiedzanie miejscowości warto zatrzymać się przy Firuzy – charakterystycznej błękitnej willi zbudowanej przez konsula Iranu.

Borjomi to nowoczesna miejscowość. Tak więc jak na nowoczesną miejscowość przystało znajdziemy w niej np.: kręcony mostek. Pomimo wielu prób nie udało nam się przebiec go w całości. Zapewne był to brak odpowiedniej ilości czaczy.

Miejscowość jest pełna straganów na których można kupić wino i domowe przetwory jak na przykład… szyszunie w zalewie

Po zwiedzaniu rozpoczęliśmy długą i mozolną podróż do Kachetii w kierunki Dawid Gardża. Za Tbilisi natknęliśmy się na liczne sklepy mięsne, które są nieco inne niż te do których jesteśmy przyzwyczajeni.
Zasadniczo mięso sprzedaje się przy drodze, wieszając je na płocie czy pod skromnym zadaszeniem. Przypadkiem niedaleko naszego celu, pod wieczór natknęliśmy się na dzielenie wołowiny. Widok robił wrażenie. Niedużym nożem Gruziński rzeźnik sprawnie wycinał najlepsze kawałki mięsa.

Pod wieczór dotarliśmy do Udabno. Widok na stepy przy zachodzącym słońcu był nieziemski.

Po dojechaniu do Udabno weszliśmy do restauracji : Oasis Club Udabno. Jedynej w całym mieście i zaczęliśmy dyskutować co zamawiamy do jedzenia. Jakież było nasze zaskoczenie kiedy stojący za barem właściciel po polsku zaczął objaśniać nam menu. Tak trafiliśmy do prowadzonego przez polaków hostelu i… zostaliśmy w nim. Hostel jest naprawdę na wysokim poziomie i odstaje standardem, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, od innych miejsc, w których mieszkaliśmy w Gruzji. Tam poznaliśmy innych polaków, z którymi bawiliśmy się do późna w nocy, popijając czaczę nalewaną przez właściciela 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *