Gruzja – dzień ósmy

Spaliśmy w jednym z czterech domków w Oasis Club Udabno z opcją pełnego śniadania, które okazało się być wyśmienite. Do tego po przebudzeniu, przez przeszklone wejście roztaczał się wspaniały widok, na zielone o tej porze roku stepy po których biegały młode konie.

Nasi nowo poznani znajomi, udali się na zorganizowaną przy pomocy właścicieli wycieczkę konną po okolicy. Niestety my musieliśmy odmówić, gdyż naszym celem był słynny klasztor Dawid Gareja na pograniczu Gruzińsko – Azerbejdżańskim.
Droga była słabej jakości, co prawda nie włączyliśmy 4×4 ale podwyższony samochód podwyższa komfort jazdy. Widoki przepiękne, choć jak nadmienili właściciele hostelu: na początku maja jest jeszcze zielono, ale pod koniec step zamienia się w pustynię.
Tak więc rozkoszowaliśmy się soczystą zielenią i co chwilę robiliśmy zdjęcia pięknym i dzikim krajobrazom. Pędząc pustą szutrową drogą jedyne na co musieliśmy uważać to widoki i zwierzęta przechodzące przez drogę.

To, że zbliżamy się do Dawid Gareja możemy poznać po niesamowicie kolorowych górach występujących w tym rejonie. Kolory układają się w długie kolorowe naprzemienne pasy.

W końcu dojechaliśmy do parkingu. Zwiedzanie zaczęliśmy od klasztoru. Nie można wejść wszędzie ale widoki i tak robią wrażenie. Cały klasztor zwiedziliśmy w około 40 minut. Tymczasem nasi dzień wcześniej poznani znajomi, spędzili tu ponad pół dnia. Zaczęliśmy więc poszukiwania dalszych atrakcji.

Wracając się po drodze szukaliśmy jakiegoś bocznego ukrytego wejścia. Za pierwszym razem nie udało nam się nic znaleźć. Za drugim tuż przed sklepikiem z pamiątkami z krzaków wyskoczył turysta z aparatami fotograficznymi. Jak się okazało Polak. Pośród zarośli na szczyt prowadziła wąska ścieżyna. podchodząc pod nią należy trzymać się bardziej lewej strony i nie ulegać pokusie dojścia do grot wyraźnie widocznych na skałach. My popełniliśmy ten błąd i ostatecznie nasza ścieżka skończyła się w połowie drogi. Nie chcąc podchodzić jeszcze raz zaryzykowaliśmy wspinaczkę na wskroś i ostro wspięliśmy się do właściwej ścieżki położonej z 10 metrów nad nami. Jednocześnie zaczęliśmy bardzo doceniać chmurki, które zasłoniły tymczasowo słońce. W końcu wyczerpani dotarliśmy na szczyt, skąd roztaczał się przepiękny widok na Azerbejdżan, kolorowe góry oraz groty mnichów.

To, ze jest to granica dało się zauważyć po pogranicznikach dzielnie siedzących z kałachami w pobliżu klasztoru na szczycie.

Do jaskiń prowadzi jedna ścieżka, solidnie wydeptana przez turystów, tak więc nie ma możliwości zgubienia się. Początkowo jaskinie nie zachwycają. Są bardzo podobne do wcześniejszych sklanyh miast. Z tą różnicą, że tutaj część z nich ozdobiona jest freskami datowanymi na XI wiek. Aby do nich dotrzeć należy pokonać lęk wysokości oraz przydaje się współpraca. Samemu do niektórych ciężko wspiąć się bez podsadzenia. Niestety freski są bardzo zniszczone zarówno przez wiek, jak i “głupich turystów” podpisujących się na nich.

Oczywiście najpiękniejsze i najlepiej zachowane są umieszczone w wyższych grotach, do których ciężko dotrzeć.
Wracając spotkaliśmy jeszcze parę “zwierzątek” na naszej trasie. W tym jedno zabrało się z nami na gapę do Tbilisi o czym mieliśmy się przekonać za dwa dni.

I tak zakończyliśmy nasze zwiedzanie w tym odległym zakątku Gruzji. Następnym punktem na mapie do odwiedzenia było Signagi (Sighnaghi). Zanim jednak tam dotarliśmy doszliśmy wspólnie do wniosku, że zdjęcie tapety windowsowej z zieloną trawą i niebieskim niebem było robione w Gruzji

Niebawem udało nam się dogonić a chwilę później wyprzedzić jednokonną ładę.

Po drodze udało nam się kupić pyszne truskawki, które dzielnie spożywaliśmy. Było to szczególnie trudne, ponieważ droga była kręta. Nie poddaliśmy się jednak i w końcu naszym oczom ukazał się wspaniały widok na Sighnaghi

Miejscowość jest ładna, zadbana, jednak wybitnie turystyczna, co po tygodniu spędzonym poza turystycznymi utartymi szlakami niezbyt nam pasowało.

Miasteczko dzieli się na dwie części. Nową w której dominuje nowoczesność i hotele z basenami, na szczęście dobrze poukrywane. Oraz starą z murami obronnymi i kościołem.
Wejście do starej części miasta przypomina trochę polskie Krupówki. Można tu kupić Gruzińskie skarpety, czapki, słodycze, napić się czaczy lub soku

Ponieważ zgłodnieliśmy udaliśmy się do poleconej nam knajpki na steka, gdzie byliśmy cały czas bacznie obserwowani z bezpiecznej odległości przez czarno rudego kota.

Była to restauracja wyższej klasy, więc kelner przyniósł talerze, choć zamówiliśmy tylko steki.
Następnie dokładnie obejrzał każdy podawany nam widelec i nóż, przed podaniem nam ich.
W pewnym momencie zauważył, ze coś spadło na jeden z talerzy – trzeba dodać, że siedzieliśmy w ogródku na zewnątrz. Sprawnym ruchem podniósł talerz do góry i… zdmuchnął za pierwszym razem wszelkiego rodzaju paproszki. zadowolony postawił talerz i udał się po nasze steki.

I to była ostatni przygoda tego dnia. Ze względu jednak na wysokie ceny w Sighnaghi przejechaliśmy jeszcze do Kvareli na nocleg.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *