Gruzja – dzień dziewiąty

Na noc zatrzymaliśmy się w Guest House Villa. W największym chyba apartamencie w jakim mieszkałem. Gospodyni upewniała się wielokrotnie, ze nie zapomnimy wyłączyć grzejnika na noc. Problem polegał na tym, że przy około 25 stopniach myśmy nawet nie myśleli o jego włączaniu. Tak więc zapewniając, że wyłączymy grzejnik, ustaliliśmy jeszcze z gospodynią śniadanie na godzinę 9:30. Nie było sensu się zrywać wcześniej, ponieważ winnice otwierają dopiero o godzinie 10:00. Nasza gospodyni, w przeciwieństwie do innych Gruzinów traktowała czas bardzo rygorystycznie. Punktualnie z zegarkiem w ręku rozległo się pukanie.
Skromne śniadanie obejmowało jajka, czaczapuri, chleb, pomidory i ogórki. Do tego kawa i herbata.
Najedzeni udaliśmy zwiedzać się najbardziej znaną winnicę w regionie, mieszczącą się w byłych tunelach wojskowych.
Wykupiliśmy zwiedzanie z degustacją sześciu win i rozpoczęliśmy zwiedzanie.
Na początek przeszliśmy tunelami wypełnionymi licznymi butelkami z winem.

Następnie doszliśmy do małego muzeum gdzie zapoznano nas z technologiami używanymi niegdyś do produkcji wina i czaczy.

Po czym przystąpiliśmy do kulminacyjnego punktu programu czyli degustacji win.
Zajęliśmy miejsce przy długim stole, a nasz opiekun i przewodnik napełnił sowicie kieliszki.

Na początek zaczęliśmy od Wina Rkatsiteli o pięknej bursztynowej barwie.

Niestety smak był odwrotnie proporcjonalny do wyglądu. Wino było kwaśne. Nasz przewodnik zgodził się z tym i zaczął nam objaśniać, że wino jest tym kwaśniejsze im więcej słońca, a to było z wyjątkowo nasłonecznionych stoków.
Ogólnie spróbowaliśmy jeszcze kilku innych win i tylko Saperavi było akceptowalne w smaku. Tak więc nie polecam degustacji w najsłynniejszej winnicy Kahetii.

Po wyjściu okazało się, że kompleks oferuje również pokazy tradycyjnego wypieku chleba gruzińskiego.

A około 11:00 zaczyna pracę kapela, która wita nowo przybyłych gości tradycyjnymi pieśniami gruzińskimi.

Niestety pogoda zaczęła krzyżować nasze plany. W parku Vashlovani padał deszcz, więc postanowiliśmy spędzić następny dzień na wypoczynku.
W tym celu zakupiliśmy żeberka wołowe, a w Tbilisi grilla.
Jadąc obwodnicą Tbilisi zauważyliśmy samochód sprzedający Baraninę. Nie namyślając się długo zjechałem na pobocze i wyhamowałem na wysokości auta z Baranami. Podeszliśmy do sprzedawców i zaczęliśmy tłumaczyć, że chcemy kawałek Baraniny.
Kiedy udało nam się osiągnąć konsensus i zrozumienie jeden z nich wszedł do ciężarówki i wyciągnął z niej po chwili młodego Barana. Kiedy wyjął nóż zaprotestowaliśmy. Nie chcieliśmy całego tylko kawałek wiszącej już tuszy.
po dalszych 15 minutach pokazywania na migi o co nam chodzi w końcu odkroili nam kawałek z wiszącej tuszy i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Po dojechaniu do miejscowości docelowej okazało się, że jedyny hotel w miejscowości jest zamknięty. Jednak dzięki pomocy miejscowych, po około 30 minutach zjawił się właściciel, który specjalnie dla nas otworzył jedyny hotel w mieście 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *