Gruzja – dzień jedenasty

Stolicę gruzji zwiedzaliśmy pieszo. Wstalismy rano i napotkaliśmy pierwsze problemy… terenowe.

Zatrzymaliśmy się więc w Gruzińskim barze kawowym w celu pokrzepienia.

Były nawet wolne miejsca siedzące na krawężniku 🙂
Okazało się, że kolejki nie otwierają o 9:00 więc ruszylismy w kierunku najbardziej znanego mostu w Gruzji.

Na szczęście wkrótce otworzono kolejkę. Na wjazd trzeba swoje odczekać w dość długiej kolejce, ale pierwszeństwo mają Panie plecące wianki 🙂

Z góry możemy przyjrzeć się Matce Gruzji: Katlis Deda z bliska. Robi imponujące wrażenie.

Zniechęceni ogrodem botanicznym w Batumi, zapadła decyzja aby nie zbaczać do ogrodu botanicznego w Tbilisi. W zamian zaczęliśmy schodzić w dół wąską sciężką wzdłuż murów obronnych aż doszliśmy do wejścia na teren twierdzy Narikala. Sama twierdza jest zrujnowana jednak można wejść na jej strome mury. Atrakcję tą jednak polecam tylko osobom, które nie mają lęku przestrzeni.

Schodząc z twierdzy postanowiliśmy zawitać na czaczę. Lokal był wystawny, ale z miłym widokiem, a w okrągłych kieliszkach ładnie odbijała się panorama Tbilisi.

Ścieżka doprowadziła nas do łaźni publicznych. Może nie bezpośrednio ale charakterystyczny zaach siarkowodoru naprowadził nas na właściwy trop.

Niestety nie mieliśmy czasu z nich skorzystać, ale dzień wcześniej wygrzaliśmy się porządnie w prywatnym jacuzi.
Podążając wąskimi uliczkami natknęliśmy się na Pana myjącego okna po gruzińsku.

uliczki w Tbilisi sa urokliwe, można znaleźć tu sporo rzeźb i ciekawych zachęt aby złamać dietę i spożyć ciasteczko.

Idąc dalej zatłoczonym traktem, natknęlismy się na najdroższe drapaki dla kotów. Sądząc po zawzientości z jaką kot je drapał wykonane zostały z najwyższą starannością.

Będąc nieco zmęcczonym, usiedlismy w pobliskim barze. Dopiero kiedy zamówiliśmy napoje i ugasilismy pierwsze pragnienie, zorientowaliśmy się, że usiedliśmy naprzeciwko wieży zegarowej Teatru Marionetek. ponieważ o pełnej godzinie drewniana postać wychodzi z wieży aby wybić godzinę, postanowiliśmy spędzić tu trochę więcej czasu regenerujac siły, zamawiając czinkali i gasząc pragnienie.

Po przerwie udaliśmy się wzdłuż rzeki na targ staroci, na którym można dostać wszsytko począwszy od starych kluczy, czy lamp, poprzez wyposażenie domu a skończywzy na licznych pamiątkach byłego systemu. Oczywiście pełno jest popiersi, medali i publikacji najsłynniejszego Gruzina w historii : Józefa Stalina.

Na targu spotkaliśmy Pana, który z dumą prezentował nam atlas z czasów ZSRR i pokazywał nam dawną flagę Gruzińskiej Republiki. Na pewno jest to miejsce, na którym można kuić oryginalne pamiątki. Część rzeczy prawdopodobnie jest dość cenna… ale brak nam było wiedzy aby to oceniać

Z targu staroci przechodzi się do targu artystów na którym królują obrazy w różnych stylach.

Po opuszczeniu targu, stwierdziliśmy, że jesteśmy głodni i szukamy knajpki do jedzenia. Przemierzając ulice Tbilisi trafilismy przypadkiem do Baru Warszawa.\\

Nie przyjechaliśmy jednak do Gruzji aby jeść gzika. Ale skoro już trafiliśmy do Polskiego baru postanowiliśmy wykorzystać okazję aby zapytać się gdzie można dobrze zjeść. Dziewczyna za barem poleciła nam knajpkę położoną stosunkowo niedaleko. Restauracja to : Sofia Melnikovas Fantastiuri Duqani, wejście do niej jest lekko ukryte, wchodzi się do niej od ulicy Stamba Dead End Road. Lub prościej: idąc od placu wolności ulicą Shota Rustaveli przed Mariotem skręcamy w prawo. Następnie pierwsza w lewo i jeszcze raz pierwsza w lewo. Tu na rogu będzie restauracja ale to nie ta 🙂 idziemy dalej uliczką trzymając się lewej strony. Jedna z bram powinna być otwarta, wchodzi się nią na podwórko, na którym jest przepyszna restauracja – szczególnie polecam czinkali :).

Po posiłku postanowiliśmy, przejechać się diabelskim młynem połozonym na wzgórzu. Na tym samym, na którym stoi charakterystyczna wieża telewizyjna będąca dobrym punktem odnieienie, niezależnie od miejsca w którym jest się w Tbilisi.
Podejście do kolejki linowej wjeżdżającej na szczyt było długie i mozolne. W pewnym momencie kiedy obserwowaliśmy misternie rzeźbiony balkon jednego z budynków obok nas zatrzymał się taksówkarz, który przywiózł kogoś.
Korzystając z okazji zapytaliśmy się go, czy na pewno dobrze idziemy, jakoże oznaczeń brak, a nie dysponowaliśmy okładną mapą Tbilisi.
Musieliśmy wyglądać na zmęczonych, ponieważ taksówkarz zaoferował, że podwiezie nas za darmo do stacji kolejki.
Pnąc się coraz wyzej serpentynami, cieszyliśmy się, że wjeżdżamy taksówką. Szczególnie, że o 20:00 wieczorem temperatura na zewnątrz wynosiła 33 stopnie.

po kupieniu biletów wjechaliśmy na szczyt góry, na której mieści się wesołe miasteczko. Niestety większość atrakcji była zamknięta, a diabelski młyn popsuł się, w momencie w którym dotarliśmy do kas i mieliśmy kupować bilety.
Tak więc zrobiliśmy parę pamiątkowych zdjęć.

Zjechaliśmy kolejką ponownie na dół i szybkim krokiem udaliśmy się do hotelu, kupując po drodze gruzińskie cytryny oraz wino.
Było już późno, więc po zostawieniu ciężkich zakupów w hotelu, zbiegliśmy do centrum, gdzie znajdował się sklepik z tradycyjnymi Gruzińskimi smakołykami. Poczekaliśmy aż wszyscy wyjdą po czym rozpoczęliśmy targi. Poszło nam całkiem nieźle i szybko dobiliśmy targu.

Po zakupach, udaliśmy się taksówką do restauracji na pożegnalny posiłek. Skończyliśmy go po pierwszej… tak więc nie było właściwie sensu się kłaść. Na szczęście tym razem w samolocie powrotnym “gongi” były wyłączone :). Można powiedzieć, że był to lot “sypialny”.

One thought on “Gruzja – dzień jedenasty

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *