Bułgaria – Unesco – dzień piąty

Wcześnie rano opuściliśmy hotel, ponieważ przed nami szykował się dzień pełen atrakcji.
na początek skierowaliśmy się pod Shipkę, a konkretnie do Cerkwi Narodzenia Pańskiego w Szipce. Nie wiem czemu ale występuje ona również pod nazwą cerkiew św Mikołaja.

Jest ona ważnym elementem kultury Bułgarskiej i symbolem przyjaźni Bułgarsko-Rosyjskiej.
Cerkiew przypomina znane wszystkim cerkwie z placu czerwonego w Moskwie. Nad biało czerwoną fasadą górują złote kopuły. W podziemiach cerkwi znajdują się prochy poległych w walce o wolność Bułgarii.
Po posileniu się paroma kiuftami i wypiciu kawy zaczęliśmy podjazd pod przełęcz Shipka. Na samym szczycie znajduje się muzeum z doskonałym punktem widokowym na okolicę.

Chętni mogą wejść po kilkuset schodach. My wybraliśmy wersję dla leniwych, kończącą się parkingiem niedaleko muzeum.

Widać z niej również Buzłudżę, czyli były dom partii komunistycznej. Użyty tylko raz. Do tej pory jednak zachwyca niecodzienną architekturą, przypominającą statek UFO.

Po zaparkowaniu samochodu na parkingu przeznaczonego niegdyś dla sekretarza Partii,

kierujemy się schodami ku głównemu wejściu, mijając po drodze dwie zrujnowane rzeźby.

Oficjalnie wejście do obiektu jest zakazane, ze względu na niezbyt dobry stan obiektu, jednak zawsze można znaleźć alternatywne wejście do środka Buzłudży. Wspomnę tutaj, że warto zaopatrzyć się przed wyprawą w latarki. Ułatwią one poruszanie się po wnętrzu.
Niestety większość pomieszczeń została zdemolowana i rozkradziona.

Polecam jednak odwiedzić główną salę o wspaniałej akustyce, zdobionej dookoła ręcznie układanymi mozaikami.
Mozaiki robią niesamowite wrażenie – widać tu wysoki kunszt artysty, który je przygotował.

Nad centralnym punktem Sali plenarnej znajduje się wielka okrągła mozaika sierpa i młota podpisana dookoła hasłem Karola Marksa : Proletariusze Wszystkich Krajów Łączcie się.

Niestety budynek popada w ruinę i nie zanosi się aby kiedykolwiek został odremontowany. Szkoda, ponieważ, pomijając historyczne aspekty łączy on w sobie niesamowitą architekturę z wysokim kunsztem artystów tamtych czasów.
W drodze z Buzłudży zostałem wyprzedzony na krętej dość górskie drodze przez ciężarówkę przewożącą drewno. Zapewne dodatkowa masa zapewniała mu lepszą przyczepność.



Po drodze spotkałem miły Polski akcent w postaci Żuka na chodzie 🙂

Tak dojechałem do Etyru czyli wioski etnograficznej.

Po uiszczeniu horrendalnie drogiego, jak na Bułgarię biletu, dostałem się do środka. Wewnątrz, przynajmniej według zapewnień można zobaczyć tradycyjne rzemiosło. Przyznaję młyn działał, ale poza tym niewiele się tam działo. Największą atrakcją była możliwość rąbania drewna przy pomocy tradycyjnej siekiery.

W celu podwyższenia ciśnienia zamówiłem kawę parzoną w tradycyjny sposób w garnuszku w piasku. Niestety kawa okazała się być lurowata i ciśnienie bardziej podniosła mi jej cena niż zawartość kofeiny.

To był koniec dzisiejszego dnia. Z Etyru przejechałem jeszcze do Kazanłyku, gdzie racząc się butelką białego wina zacząłem lepiej rozumieć podejście Bułgarów do życia i rozwiązywania problemów… ot choćby takich jak chwiejący się stół….

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *